Erdogana w Berlinie powitano z pełnymi honorami, ale atmosfera spotkań z prezydentem Frankiem-Walterem Steinmeierem i kanclerz Merkel była lodowata. Czołowi niemieccy politycy nie nadrabiali nawet miną, wielu zresztą zbojkotowało tureckiego gościa, powszechnie oskarżanego w Niemczech o łamanie praw człowieka i gwałcenie demokracji. Po nieudanym puczu w 2016 r. pod zarzutem terroryzmu uwięziono dziesiątki tysięcy ludzi.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że Steinmeier wymieniał w rozmowie z Erdoganem nazwiska więzionych tureckich opozycjonistów. Merkel na konferencji prasowej domagała się od Erdogana zwolnienia ośmiu więzionych obywateli RFN. – Tak jak nie mam wpływu na wymiar sprawiedliwości w Niemczech, tak nie mam wpływu na sądy w Turcji. Niektóre wyroki też mi się nie podobają – odpowiadał Erdogan, domagając się szacunku dla Turcji. A następnie zarzucił Niemcom, że udzielają schronienia zwolennikom Fethullaha Gülena i tysiącom terrorystów z Partii Pracujących Kurdystanu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej