Rząd socjalisty Pedro Sancheza wziął w swoje ręce sprawę własności kościelnej, gdy okazało się, że wiele samorządów miejskich i gminnych od dawna i na próżno domaga się od Kościoła zwrotu nieruchomości, które były własnością publiczną, a zostały zapisane jako kościelne przez proboszczów i biskupów.

To jest m.in. przypadek kościołów San Juan de los Panetes i świętego Pawła w Saragossie oraz Ucieza w Palencii, które zostały zarejestrowane – prawdopodobnie nielegalnie – jako własność Kościoła. W niektórych sprawach skargi obywateli, właścicieli i samorządów szukały podstaw w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, ale jego orzeczenia z 2014, 2016 i 2017 roku pozostają na papierze, bo Kościół ich nie wykonuje.

Notariusz „na słowo”, czyli bez dowodu własności

Bałagan i wątpliwości wokół własności kościelnej narastały w Hiszpanii latami wskutek dwóch ustaw, które otworzyły Kościołowi drogę do zawłaszczenia ogromnej ilości budynków, gruntów, pól, sadów, placów, ruin, dawnych świątyń itp., bez konieczności dowiedzenia, że mają do nich prawo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej