Jest pan kandydatem kanclerz Angeli Merkel?

– Chciałbym podkreślić, że o to stanowisko będę się ubiegał jako szef klubu Europejskiej Partii Ludowej, największego klubu w Parlamencie Europejskim. W tej kwestii nie jestem przede wszystkim Bawarczykiem, nie jestem przede wszystkim Niemcem, a jestem przede wszystkim szefem tego klubu. Przecież w poszczególnych krajach to zupełnie zwyczajne, że szef największej frakcji sięga po władzę wykonawczą. Chciałbym, by tak działo się także na poziomie unijnym. To jeden ze sposobów przywracania Unii jej obywatelom – przez odbieranie jej biurokratom i dyplomatom na rzecz zwykłych mechanizmów demokratycznych znanych z polityki krajowej.

Obywatelom UE podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego trzeba przedstawiać kandydatów na szefa Komisji i ich program, by pozwolić na demokratyczną konkurencję. Ludzie muszą mieć większy wpływ na politykę UE. To przecież jeden z wniosków z brexitu, któremu pomogły hasła o przywracaniu suwerenności. Ludziom trzeba pokazać, że mają suwerenność realizowaną przez demokratyczne wybory, także ze wskazaniami, kto będzie kierował władzą wykonawczą – Komisją Europejską. Unię trzeba upolityczniać, bo jeśli będzie głównie procesem biurokratyczno-dyplomatycznym, obywatele będą ją odrzucać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej