– Wszyscy Polacy w mieście się znają. Utrzymujemy kontakty z tymi, którzy głosowali na PiS, znamy się z pracownikami ambasady. Nie chcieliśmy pogłębiać podziałów między nami. W Nowej Zelandii żyje się inaczej niż w Polsce – mówi Ewa Betkier, Polka, specjalistka od marketingu, która osiedliła się w Wellington w 2014 r. Dlatego, gdy w czwartek prezydent Andrzej Duda składał kwiaty przy pamiątkowej tablicy (wcześniej był też na nowo utworzonym Skwerze Polskich Dzieci), grupa około 20 demonstrantów milczała.

– To była kwestia szacunku wobec starszych ludzi. Polscy uchodźcy, którzy jako dzieci przybyli do Nowej Zelandii, czekali 70 lat na polskiego prezydenta. Nie chcieliśmy im psuć tej chwili – dodaje Betkier.

Chodzi o dzieci z Pahiatua – to ponad 700 polskich sierot, które w 1943 r. ewakuowano wraz z Armią Andersa z ZSRR do Iranu. Gdy doszły do siebie, przyjął je rząd Nowej Zelandii. Prezydent spotkał się z ich przedstawicielami i wręczył im odznaczenia za zasługi dla Polonii i propagowanie polskiej kultury i historii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej