– Daj spokój, nic się nie dzieje, wasze gazety jak zwykle przesadzają. Popatrz, ludzie jeżdżą na wakacje, siedzą w knajpach, gdzie tu kryzys? – pyta Temiz, rencista z Izmiru. Właśnie wrócił z finansowanej przez ministerstwo zdrowia rehabilitacji, którą co tydzień odbywa w jednym z najnowocześniejszych basenów termalnych w mieście, i jak zwykle pije piwo Efez. Cła nałożone niedawno przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana na amerykański alkohol mu nie przeszkadzają, bo i tak sięga po lokalne trunki.

– Mnie nie pytaj, ja się nie znam na gospodarce – broni się z kolei przed rozmową Diclehan, asystentka w jednym z honorowych konsulatów. Wkrótce jednak się poddaje. Opowiada, że sytuacja w Turcji nie podoba się jej od dawna. – Od czterech lat nie miałam podwyżki, ceny coraz wyższe, chyba w końcu wyemigruję – mówi Diclehan.

Diclehan dobiega pięćdziesiątki, przekonuje, że w Europie mogłaby być choćby kelnerką. – I tak stać byłoby mnie na więcej niż teraz, gdy pracuję na „prestiżowym” stanowisku – wzdycha.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej