Manuel Charlin to najciekawsza postać serialu „Kokainowe wybrzeże", który od końca lipca można oglądać na Netflixie. Starszy pan w komicznie za dużych okularach, który pomimo niskiego wzrostu i lekkiego brzuszka okazuje się furiatem bijącym do krwi każdego, kto mu się sprzeciwi – włącznie z dorosłymi synami. Oskarżany o szefowanie jednemu z czołowych hiszpańskich gangów narkotykowych w największym procesie kryminalnym w historii kraju zaprzecza zarzutom, z wyrzutem oznajmiając składowi sędziowskiemu, że „przecież nawet jak idzie na wino, musi prosić żonę o sto peset".

Hiszpanie ostatnio śledzą jednak jego losy nie w serialu, lecz w wiadomościach. Bo „Kokainowe wybrzeże” to nakręcona przez lokalną telewizję ekranizacja książkowego reportażu o bossach narkotykowych z Galicii (przez którą trzy dekady temu przechodziło 80 proc. tego narkotyku przemycanego do Europy zza Atlantyku), a Manuel Charlin to prawdziwa postać. I właśnie został za kaucją wypuszczony z aresztu, w którym zamknięto go w zeszłym tygodniu, oskarżając o przeszmuglowanie do kraju 2,5 tony kokainy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej