– Czy to nie żałosne, że nasi przywódcy ciągle muszą się z kimś awanturować? Że jakiś tam Trump ma tak wielki wpływ na naszą codzienność? – zżyma się w rozmowie z „New York Timesem” Amir, który sprzedaje fajki wodne i zapalniczki w galerii handlowej w Teheranie. – A przecież jedyne, czego chcemy, to normalne życie – dodaje.

Wtóruje mu student Ali Akbari. – Nas nigdy nikt nie słucha… Kiedy usłyszałem, że Trump wycofał się z dealu, od razu pomyślałem: no tak, teraz będzie jeszcze biedniej.

Deal, którego tak żałuje Ali, to porozumienie  zawarte z Iranem trzy lata temu przez światowe potęgi. W zamian za zniesienie dławiących irańską gospodarkę sankcji Irańczycy zgodzili się mocno ograniczyć i poddać kontroli swój nuklearny potencjał.

Choć świat cieszył się, że udało się zażegnać wizję bomby atomowej w rękach ajatollahów, a Irańczycy cieszyli się, że przestaną w końcu zaciskać pasa, Trump nie dał szansy – jak to ujmuje – „koszmarnemu jednostronnemu dealowi” zawartemu przez Baracka Obamę. Ani mieszkańcom Iranu, od początku kadencji grożąc im powrotem sankcji.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej