Jak wiele rzeczy na Kaukazie i ta nie jest prosta. Stoimy na wzgórzu powyżej rzeczki i drogi biegnącej z Bakakurebi do Achalgori, przedzielonej najpierw posterunkiem gruzińskiej policji, a potem rosyjskich pograniczników stacjonujących w Osetii Południowej.

To punkt obserwacyjny członków Misji Monitorującej Unii Europejskiej (EUMM), specjalnej jednostki powołanej na podstawie rozejmu z sierpnia 2008 r., kończącego wojnę gruzińską-rosyjską. Ubrani w zwykłe cywilne stroje, jedyne, co ich wyróżnia, to niebieskie kamizelki z logo EUMM. Zero broni. I zastrzegają – żadnego cytowania, tylko ogólne stwierdzenia, by nie wkurzyć Rosjan i Osetyjczyków. Po oficjalną wypowiedź odsyłają do Desa Doyle'a, rzecznika misji, policjanta z Irlandii. – Są tu ludzie z prawie całej UE. To byli lub obecni policjanci, żołnierze, ale też cywile – mówi Doyle.

Na wzgórzu, na którym stoimy, unijna misja ma lunetę i aparat z wielkim obiektywem. Bo poza monitorowaniem niewiele mogą. – Nasz mandat jest bardzo słaby – podkreślają.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej