Sensacyjną zapowiedź przekazał w wywiadzie dla agencji RIA Nowosti wicepremier Jurij Borysow odpowiedzialny za przemysł zbrojeniowy. Jego zdaniem nie ma sensu „zalewać sił zbrojnych drogimi ‘armatami’”, z których każda kosztuje dziś około 250 mln rubli, czyli mniej więcej 4 mln dol.

Armia przecież, jak przypomniał członek rządu, ma dziś czołgi T-72 i ich de facto zmodernizowaną wersję T-90. A na te maszyny „jest na rynku ogromny popyt”. „Biorą je wszyscy, bo swą ceną, efektywnością i jakością biją abramsy (czołgi amerykańskie), leopardy (niemieckie) czy leclerki (francuskie)” – wyliczał Borysow. I dodał: „Gdyby istniejąca technika, w tym zmodernizowany czołg T-72, ustępowała temu, czym dysponuje potencjalny przeciwnik, forsowalibyśmy zakupy nowego sprzętu. Ale nie ustępuje, więc nie mamy takiej potrzeby”.

Rosja nie ustępuje „partnerom”

Borysow podkreślił, że klasycznym chwytem Rosji jest to, że znajduje tańsze odpowiedzi na wyzwania, które jej siłom zbrojnym rzuca Zachód. Dzięki temu kraj, choć jego budżet obronny jest znacznie mniejszy od amerykańskiego czy europejskiego, w niczym nie ustępuje „partnerom”, a nawet nad nimi góruje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej