Ostatnie wymiany zdań na Twitterze między Donaldem Trumpem i władzami Iranu przypominają zeszłoroczną wojnę na słowa z Kim Dżong Unem, zakończoną iście przyjacielskim spotkaniem obydwu w Singapurze. Ale nie należy spodziewać się rychłego szczytu Trump - Chamenei. Iran to nie Korea Północna, gdzie dyktator może w ciągu jednego dnia przestawić wajchę w polityce zagranicznej. Dalsze kroki Iranu będą dyktowane w dużej mierze wewnętrzną walką polityczną w Teheranie.

Iran na pożarcie

Najpierw spróbujmy odcyfrować strategię Trumpa. W maju zdecydował on o wyjściu USA z międzynarodowego porozumienia, które zakładało zamrożenie programu nuklearnego Iranu w zamian za zniesienie sankcji – mimo iż Iran się do wymogów umowy stosował, a ryzyko, że szybko zdobędzie broń atomową, zmalało do zera.

Oprócz sankcji Trump wznawia groźby. „Już nigdy, przenigdy nie groźcie Stanom Zjednoczonym! Inaczej czekają was konsekwencje, jakich nie cierpiał jeszcze nigdy nikt!” – to jego odpowiedź na stwierdzenie irańskiego prezydenta Hasana Rouhaniego, że „wojna z Iranem byłaby matką wszystkich wojen”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej