Chodzi o to, że nie wiadomo, co to jest „naród żydowski”. Nie istnieje jego definicja, poza prawem religijnym, a spory o to, kto jest Żydem, nadal wstrząsają Izraelem i zagrażają jego stosunkom z diasporą.

Mało tego – nie wiadomo też, jakie są granice Państwa Izraela. Linie zawieszenia broni z 1949 r., które przetrwały do wojny 1967 r.? Obecne, czyli granice brytyjskiej Palestyny mandatowej, obejmujące wszak także okupowany Zachodni Brzeg? Ewentualne zakończenie okupacji zależy nie tylko od Jerozolimy, ale treść uchwalanego przez Kneset prawa - już tak.

Jeśli zaś dodać, że nie jest w prawie międzynarodowym jasne, do czego „samostanowienie” istotnie daje prawo: do wolnych wyborów? autonomii? niepodległości? – to można by ustawę wykpić, mówiąc, że daje ona nie wiadomo komu prawo do nie wiadomo czego nie wiadomo gdzie.

Ale izraelskim Arabom nie jest do śmiechu: jasne jest bowiem, że komukolwiek i do czegokolwiek ustawa ta daje prawo, to ich go pozbawia. Dotąd wszystkim wystarczała obietnica z deklaracji niepodległości z 1948 r.: „Państwo Izraela (…) zapewni całkowitą równość praw społecznych i politycznych wszystkim jego mieszkańcom”. Izraelscy Arabowie rzeczywiście mieli równe prawa (z wyjątkiem prawa do służby wojskowej), choć istnieje rozległa dyskryminacja w praktyce. Od środy jednak równych praw już nie mają. Palestyńczycy zaś zasadnie się obawiają, że „prawo do samostanowienia”, np. w Hebronie, przysługiwać będzie jego 500 żydowskim mieszkańcom, lecz już nie 163 tys. palestyńskich.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej