Co pewien czas eksperci orzekają, że oto nadszedł moment, który zakończy karierę polityczną Donalda Trumpa. Tak miało być po opublikowaniu słynnych nagrań, w których przechwalał się obmacywaniem kobiet, po bulwersującej reakcji na marsz rasistów w Charlottesville, po wybuchu afery z aktorką porno Stormy Daniels. A potem okazuje się, że Trump, niewzruszony, nadal gospodarzy w Białym Domu. Ktoś zażartował, że mógłby zastrzelić człowieka na nowojorskiej Piątej Alei, a republikańscy wyborcy i tak machnęliby ręką.

W poniedziałek zrobił właśnie coś w tym stylu. Stojąc u boku byłego szpiega KGB, prezydenta Rosji Władimira Putina, przedłożył jego zapewnienia, że Kreml nie ingerował w amerykańskie wybory, ponad raport własnych służb wywiadowczych.

Były szef CIA John Brennan wprost nazwał to zdradą. Niby Trump od dawna miał na pieńku ze środowiskiem wywiadowczym – zwolnił szefa FBI Jamesa Comeya, notabene właśnie z powodu rosyjskiego śledztwa – oto jednak obecny szef wywiadu Dan Coats, nominowany już przez obecnego prezydenta, wydał oświadczenie, w którym zapewnił o „nieustających i powszechnych” wysiłkach Rosji, by podkopywać amerykańską demokrację. Był to mocny i bezprecedensowy sygnał pokazujący, jak zwiększa się przepaść między służbami a prezydentem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej