O uwieńczonych sukcesem staraniach o otwarcie kraju pisze „The Foreign Policy”.

Licząca 51 mln obywateli Korea Południowa, jeden z najbardziej jednolitych etnicznie krajów świata, postawiła na różnorodność. Nie, żeby ją do tego pchało jej „historyczne DNA” - położona między Chinami a Japonią mała Korea przez wieki była ofiarą najazdów i kolonizacji; instynkt podpowiada jej więc zamykanie się w sobie, w komforcie tradycji, języka, specyficznej kuchni i obyczajów. Jednak Koreańczycy wiedzą, że otwarcie to konieczność, bo starzejący się tygrys (kobiety dożywają tam ok. 85,8 lat, mężczyźni 79,3), czwarta gospodarka Azji, traci dynamikę. Bez cudzoziemców nie będzie nowych samsungów i LG. Kraj funduje więc sobie rewolucję.

Naród tożsamy z koreańską rasą

Kampania, która ma przekonać naród, że nie definiuje go kolor skóry i że Nigeryjczyk czy Wietnamczyk także mogą się stać wzorowymi Koreańczykami, rozpoczęła się w 2005 r. Zdumiewa jej tempo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej