Zatwierdził dalsze wzmacnianie flanki wschodniej przed Rosją za pomocą nowych – powstałych pod naciskiem USA – planów ćwiczeń przerzucania wojsk z Zachodu („inicjatywa 4x30”). I zaprosił Macedończyków do rozmów akcesyjnych, co oznacza wstępną gotowość do rozszerzenia gwarancji bezpieczeństwa na Bałkanach. Jednak, z drugiej strony, Donald Trump znów potężnie uderzył w polityczną spójność, a zatem i w skuteczność Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tym razem posunął się wręcz do straszenia sojuszników, że USA mogą wycofać się z NATO.

Co zrobić z taką dwoistością?

Część Europejczyków z NATO, zwłaszcza tych najbliżej Rosji, mocno stawia na przeczekanie prezydentury Trumpa, w nadziei że jego następcy będą oznaczać powrót do normalności. I że do tego czasu amerykański system polityczny – z Kongresem na czele – powstrzyma prezydenta przed dokonaniem nieodwracalnych zniszczeń w więziach transatlantyckich. To oczekiwania nie bez podstaw, ale i bez gwarancji spełnienia. Wprawdzie w Stanach Zjednoczonych nie ma teraz żadnego nowego poruszenia przeciw NATO, ale zarazem Trump nie traci w rankingach wskutek swych tyrad w Brukseli. W dodatku nie inicjuje, lecz potężnie i chaotycznie przyspiesza niektóre procesy zauważalne już za Baracka Obamy (np. z jego „wycofaniem się na tylne siedzenie” w sprawie Libii). A to może oznaczać ryzyko, że kłopoty NATO z Ameryką utrzymają się długo po rządach Trumpa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej