W środę w Parlamencie Europejskim premier Mateusz Morawiecki miał wygłosić przemówienie na temat przyszłości Unii Europejskiej, ale posłowie PE byli tak zainteresowani polską praworządnością, że zamiast mówić o przyszłości, musiał się skupić na odpieraniu przykrych ataków. Usłyszał, że „podział w Europie, który Warszawa pogłębia, cieszy jednego człowieka – Putina”. Gdy posłowie PE mówili o realnym zagrożeniu, jakim dla UE są tzw. nieliberalne demokracje (to termin Putina), Morawiecki proponował mgliste odrodzenie unii narodów 2.0 na wzór anachronicznej wizji de Gaulle’a. Gdy oni mówili mu, że „nie ma wolności bez praworządności”, on opowiadał, że „postkomunizm nie został w Polsce przezwyciężony”, a „nie jest dobrze, kiedy dumne kraje są pouczane”. Chociaż może wystąpiła tu literówka, a premier miał powiedzieć „durne”.

Morawiecki poniósł porażkę, bo Unia Europejska uczy się na swoich błędach. Od kilku lat jej spójność testuje silny człowiek z Węgier Viktor Orbán, który był pionierem rozpoznania bojem i faktycznie dezorientował Unię, która nie miała wtedy czasu ani sił, by studzić jego autorytarne zapędy. W UE bardzo długo nikt nie wierzył, że kraj członkowski może wytrwale kwestionować sens wspólnej Europy, na której istnieniu tak wiele zyskuje. Orbán był skuteczny tak długo, bo biegle porusza się za unijnymi kulisami – przez lata zbudował osobiste relacje z liderami Europy, rozdzielał oficjalny wizerunek twardego gracza od prywatnego oblicza równego gościa, z którym można pograć w piłkę i szczerze pogadać, kiedy wyłączone zostaną mikrofony.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej