Pomysł eurobudżetu był zwalczany przez polskie rządy od dobrych kilku lat. Długo przeciwstawiała mu się również Angela Merkel. Argumentowała, że nie można wypychać Polski i innych krajów bez euro poza główny nurt.

Zdaniem niektórych krytyków była to wymówka – tak naprawdę Merkel się bała, że Niemcy, którym eurobudżet pachnie zwiększaniem odpowiedzialności finansowej za mniej zdyscyplinowaną resztę eurolandu, powiedzą jej „nie” w wyborach. Ale ostatecznie ustąpiła Emmanuelowi Macronowi, który domagał się odrębnej kasy.

Stworzenie eurobudżetu wymaga zgody wszystkich 19 krajów euro. Państwa „drugiej prędkości” mogły się czuć bezpiecznie, póki Berlin lawirował. Teraz nie mają na kogo liczyć, bo Wielka Brytania, ich główny adwokat, szykuje się do brexitu, a Polski nikt nie słucha, od kiedy jej pozycję gwałtownie osłabiły kłopoty z praworządnością i aroganckie lekceważenie unijnych zasad.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej