Gonen Segev dziś ma 62 lata i nie najlepsze perspektywy. Miesiąc temu Izraelczycy ściągnęli go z Gwinei Równikowej, bo stwierdzili, że od sześciu lat szpieguje dla Teheranu.

Złapali go wspólnie agenci Mosadu i Szin Bet, czyli izraelskiego wywiadu i kontrwywiadu, a sąd w Jerozolimie już postawił mu zarzuty. Za „pomaganie wrogowi w czasie wojny”, szpiegostwo i „przekazywanie wrogowi kluczowych informacji” grozi mu dożywocie albo śmierć.

Izraelczycy uważają, że są w stanie wojny z Iranem, bo od rewolucji islamskiej z 1979 r. przywódcy w Teheranie odmawiają Izraelowi prawa do istnienia. Dlatego Tel Awiw dawno postawił sobie za punkt honoru, by przeszkodzić Irańczykom w majstrowaniu przy atomie i nie pozwolić ajatollahom panoszyć się na Bliskim Wschodzie.

Ostatnio na linii Teheran-Tel Awiw iskrzy jak nigdy dotąd.

Izraelczycy ostrzeliwują irańskie pozycje w Syrii, a Irańczycy chwalą się, że budują w Damaszku nowy front przyszłej wojny z Izraelem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej