– Jeśli chcemy wypełniać nasze zobowiązania w dziedzinie praw człowieka, naszym obowiązkiem jest uniknięcie katastrofy humanitarnej i zaoferowanie tym ludziom bezpiecznego portu – przekonywał kilka dni temu nowy hiszpański premier Pedro Sánchez.

To nie był statek pasażerski

Sprawa „Aquariusa” od kilku dni nie schodzi z czołówek światowych mediów. Statek należy do niemieckiej organizacji pomocowej SOS Méditerranée, która tydzień temu pomogła uratować ponad sześciuset uciekinierów z Afryki próbujących przez Morze Śródziemne przedostać się do Europy.

Plan wysadzenia ich na Sycylii się nie powiódł, bo szef włoskiego MSW Matteo Salvini ogłosił, że „Aquariusa” nie wpuści, i zażądał, żeby przyjęli go Maltańczycy.

– Włosi mówią „nie” przemytowi ludzi, „nie” całemu biznesowi nielegalnej imigracji – oznajmił.

Gdy i Maltańczycy odmówili, zaczął się trwający niemal tydzień dramat pasażerów czekających, aż któryś europejski port zechce ich przyjąć. Obrońcy praw człowieka alarmowali, że na pokładzie jest kilkanaścioro małych dzieci, ponad setka nastolatków bez opieki dorosłych i kilka kobiet w ciąży.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej