Donald Trump nie jest pierwszym amerykańskim prezydentem, który postawił na otwarty dialog z Koreą Północną. Tego samego próbował Bill Clinton. W 1994 r. Waszyngton i Pjongjang wynegocjowały porozumienie ramowe, w którym Korea Północna zobowiązywała się zakończyć program atomowy. Clinton, ogłaszając szczegóły porozumienia, też mówił o historycznej chwili, o umowie korzystnej dla świata. Okazało się, że Korea Północna nigdy nie zamierzała dotrzymywać warunków umowy. Dziś ma głowice jądrowe i rakiety zdolne przenieść je nad Kalifornię.

Skoro Kim Dżong Il oszukał Clintona, dlaczego jego syn i następca Kim Dżong Un nie miałby w podobny sposób potraktować Trumpa?

Samotny szeryf Trump kontra armia strategów

Clinton nie angażował się osobiście w negocjacje. Tej roli podjął się były prezydent, laureat pokojowego Nobla, Jimmy Carter. Rozmowy toczyły się według dyplomatycznych prawideł: kompromis wypracowywano najpierw na niższym szczeblu, by osiągnąwszy pewne postępy, przenosić go poziom wyżej. Taki sposób negocjowania daje stronom czas na sprawdzenie intencji partnera i możliwość wycofania się, gdyby sprawy posuwały się w złym kierunku, tak, by nie naruszać reputacji głów państw i ich najwyższych rangą dyplomatów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej