Rozpoczęcie rokowań ogłosił nikaraguański episkopat w poniedziałek, po kolejnym dniu brutalnych napaści policji i rządowych bojówek na tłumy manifestantów w kilku miastach. W sobotę w Masayi i w poniedziałek w Sebaco znów były ofiary śmiertelne wśród demonstrantów.

Rozmowy pod patronatem biskupów

W ciągu czterech tygodni nieprzerwanych walk ulicznych, strajków, blokad i demonstracji, przeciw którym reżim posłał policję i paramilitarne bojówki, zginęły w sumie 53 osoby.

Biskupi stwierdzili, że warunkiem rozmów powinno być wycofanie z ulic policji i paramilitarnych rządowych bojówek oraz uwolnienie aresztowanych, powołanie komisji do zbadania zajść i wpuszczenie do kraju międzynarodowej misji. Ortega przystał tylko na ten ostatni punkt, ale resztę warunków odrzucił.

Kiedy jednak w poniedziałek rzecznik armii, dotąd całkowicie posłusznej reżimowi, oświadczył, że wojsko nie da się użyć do tłumienia protestów, prezydent zgodził się na rokowania z przywódcami protestujących pod patronatem Kościoła katolickiego.

– Warunki do rozmów nie są idealne – oświadczyli biskupi. Ale uznali, że i tak muszą się one rozpocząć niezwłocznie, bo „instytucjonalna rekonstrukcja kraju musi utorować drogę do demokratyzacji”.

Klan prezydenta bierze wszystko

Te okrągłe sformułowania kryją prawdę oczywistą dla większości Nikaraguańczyków. Po 11 latach rządzenia prezydent Daniel Ortega i jego wszechmocna żona-wiceprezydent stworzyli faktyczną dyktaturę swojego klanu rodzinnego i kamaryli przekupionych klientów. Zniszczyli podział władz, zmienili ordynację wyborczą, by Ortega mógł być wybierany w nieskończoność.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej