Kryzys kataloński nie jest zażegnany. Parlament w Barcelonie – po czterech nieudanych próbach – zdołał wprawdzie powołać dziś wreszcie nowego premiera, ale przyszłość samorządu tego regionu w ramach Hiszpanii nadal stoi pod znakiem zapytania.

Taki sam nacjonalista jak jego poprzednik

Quim Torra został legalnie premierem, bo – w przeciwieństwie do innych kandydatów – nie jest ścigany za bunt przeciw konstytucyjnej władzy i malwersacje finansowe, jak główni przywódcy nacjonalistów z obozu jego poprzednika Carlesa Puigdemonta. Jego kandydaturę wystawił jednak sam Puigdemont czekający w Niemczech na decyzję o ekstradycji do Hiszpanii, bo jego własny powrót do władzy udaremnił trybunał konstytucyjny. Ten orzekł bowiem, że nie można zostać premierem i rządzić zaocznie zza granicy.

Ale nowy premier jest takim samym nacjonalistą jak jego poprzednik. W swojej dwuczęściowej „mowie tronowej” (w sobotę i w poniedziałek) Torra przyznał, że zostaje premierem tylko „w zastępstwie naszego prawomocnego premiera Carlesa Puigdemonta” oraz że zamierza podążać niemal tą samą drogą, co jego poprzednik i patron. Jego głównym celem będzie budowa republiki katalońskiej i uchwalenie jej konstytucji jako ustawy zasadniczej niepodległego państwa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej