Trzeba przyznać, że z zagranicznymi gośćmi gotowymi uświetniać moskiewskie uroczystości dziś krucho. Na poniedziałkowej inauguracji rozpoczynającej czwartą kadencję prezydencką Putina dał się zauważyć (i został zaszczycony uściskiem dłoni prezydenta) tylko Gerhard Schroeder, były kanclerz Niemiec, a dziś funkcjonariusz Gazpromu opłacany tak sowicie, że chętnie stawia się w Moskwie na każde wezwanie.

A pomyśleć, że jeszcze w 2005 r. na moskiewską paradę zleciało się tylu gości, że prezydenta Polski posadzono w czwartym rzędzie. W kolejną okrągłą rocznicę pięć lat później tłok też był ogromny. Wczorajsza absencja ważnych polityków na defiladzie dowodzi, jak głęboka jest izolacja Rosji.

Ilu Żydów walczyło w szeregach Armii Czerwonej

Ale Netanjahu przybył. Bo między Moskwą a Jerozolimą toczy się bardzo ciekawa gra. Obie stolice zbliża to, co np. Polaków od Rosji oddala – polityka historyczna, a konkretnie spojrzenie na II wojnę światową.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej