„Nie mówi jak Gerhard Schröder” – ocenia poświęcone Rosji wystąpienia min. Heiko Maasa tygodnik „Die Zeit”.

Gerhard Schröder, b. szef SPD i kanclerz w latach 1997-2005, to dla wielu dziś symbol politycznej korupcji i upadku wielkiego polityka. Za jego rządów stosunki niemiecko-rosyjskie cechowała wielka życzliwość. Niemieckie koncerny robiły w Rosji miliardowe interesy, a kanclerz przymykał oczy na pierwsze sygnały o przykręcaniu przez Władimira Putina śruby społeczeństwu. – To demokrata bez skazy – mówił o nim.

A gdy w fotelu szefa rządu zastąpiła go Angela Merkel, z marszu przeszedł do rady nadzorczej spółki córki Gazpromu i niemieckich koncernów energetycznych budującej gazociąg Nord Stream. Ten kontrowersyjny projekt Schröder forsował jako kanclerz, mimo obiekcji m.in. Polski. Gdy Rosja wydarła Ukrainie Krym i podpaliła Donbas, przekonywał, że konflikt to wina Unii Europejskiej, która chciała przeciągnąć Kijów na swoją stronę, ignorując rosyjskie zastrzeżenia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej