Lotnisko w Harare nadal nosi imię Roberta Gabriela Mugabego, ale na dostępnych z poziomu ulicy drogowskazach ktoś zamalował nazwisko byłego prezydenta. Od razu widać, że Zimbabwe jest w transformacji – z ustroju demokracji nieliberalnej do... jeszcze nie wiadomo czego.

93-letni Mugabe został odsunięty od władzy w listopadzie 2017 r. przez szefa armii i swoich partyjnych towarzyszy. Niby żadna rewolucja, ale dla narodu, gdzie niewielu pamięta czasy sprzed Mugabego, u władzy przez 37 lat, był to szok. Nazajutrz mieszkańcy Harare wyszli na ulice w spontanicznym marszu poparcia dla aksamitnego puczu. Pół roku później jeszcze nie wyzbyli się nadziei na wielkie przemiany.

– To szansa, na którą długo czekaliśmy – mówi Mercedes, młoda matka stojąca w kilkudziesięcioosobowej kolejce do lekarza przed szpitalem w Mbare, ubogiej dzielnicy Harare. – Jesteśmy pełni nadziei, bo gorzej już być nie może.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej