Do wydarzeń, których rosyjskie ministerstwo obrony wciąż nie komentuje, doszło 7 lutego na wschodzie Syrii, ok. 80 km od Dajr az Zaur, na bogatym w ropę i gaz lewym brzegu Eufratu. Oddziały walczące po stronie Baszara al-Asada, za którym stoi Moskwa, atakowały tam sztab kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych wspieranych przez USA.

Jak pisze „Washington Post”, powołując się na gen. Hasana, dowódcę oddziałów SSR, amerykański oficer łącznikowy znajdujący się w kwaterze powstańców miał się łączyć ze swoim rosyjskim odpowiednikiem, uprzedzając go, że powinien powstrzymać ludzi szykujących się do ataku.

CZYTAJ TEŻ: Czy Turcja chce przegonić Amerykanów z Syrii?

Rosjanin jednak zapewniał go, że nic się nie szykuje. Kiedy wkrótce potem, mimo ostrzeżeń, doszło do szturmu, do akcji włączyły się amerykańskie uzbrojone drony, samoloty i helikoptery. I wtedy to z kolei rosyjski oficer łącznikowy połączył się z Amerykaninem, prosząc o przerwanie nalotu w celu zebrania „naszych zabitych i rannych”. Według gen. Hasana zginęło ok. stu szturmujących. Według doniesień agencji Bloomberg - aż 200.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej