Kiedy 2 lutego w wiejskim kościele misji w Rahue, kilka kilometrów od stolicy diecezji Osorno, przez głośnik obwieszczono, że w południe mszę odprawi bp Barros, kilkudziesięciu wiernych pospieszyło w stronę wyjścia.

– Co on wyprawia? – mówił dziennikarzowi BBC Luis Molina. – Powinien odejść. Tylko szkodzi, to nieszczęśliwy człowiek.

Biskup przybył na mszę, krocząc, niezrażony, pośród kwiatów i proporców, w asyście księży, pozdrawiając obecnych, w tym wielu Indian Mapuczów strojnie ubranych z okazji święta Matki Boskiej Candelarii. W kazaniu obszernie opowiadał o niedawnej wizycie w Chile papieża Franciszka, cytował go wielokrotnie, ale słowem nie wspomniał o najważniejszym temacie papieskiej pielgrzymki, czyli o pedofilskich skandalach w chilijskim Kościele oraz o papieskich przeprosinach dla jego ofiar.

Po mszy biskup udał się do wyjścia, pozdrawiając wiernych zwolenników i prosząc dziennikarzy, by „nie psuli pięknej uroczystości” pytaniami. Ale nie mógł nie słyszeć, jak jeden z nich zawołał: "Skąd u księdza biskupa tyle odporności na to, co się dzieje?". Barros zignorował pytanie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej