Pół roku po wizycie prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie i raptem tydzień po przyjeździe sekretarza stanu Rexa Tillersona amerykańska dyplomacja nie owija w bawełnę. Pisze, że spór o zawarte w nowelizacji ustawy o IPN przepisy dotyczące karania za przypisywanie Polakom udziału w Holocauście może „mieć wpływ na strategiczne interesy Polski, a także jej relacje ze Stanami Zjednoczonymi”.

W języku dyplomatycznym to dosłownie walnięcie pięścią w stół

Ameryka – najważniejszy sojusznik Rzeczypospolitej, kraj, którego wojska stacjonują na naszym terytorium, by odstraszać Rosję przed ewentualnym atakiem – w sporze o ocenę historii stanęła po stronie Izraela.

Oświadczenie Departamentu Stanu należy odczytać jako ultimatum: albo Polska się ogarnie i wycofa z kompromitujących ją przepisów, albo na linii Warszawa - Waszyngton zacznie się chłód.

A może być jeszcze gorzej, bo do tej dyskusji pod wpływem impulsu może się włączyć nieobliczalny, niezważający na dobór słów prezydent Trump. Konsekwencje byłyby dla nas niewyobrażalne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej