– Państwo, które nazywamy sojusznikiem, upiera się, że stworzy nam na granicach armię terroru. Nie mamy wyboru, musimy zdusić te plany w zarodku – wygraża turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan. – Choć może raczej powinienem nazwać ich armią zdrajców, bo kiedy tylko poczują się zagrożeni, natychmiast zwrócą broń w kierunku żołnierzy USA. Nie stawajcie pomiędzy nami a tą hordą morderców, bo może dojść do incydentów, za które nie bylibyśmy odpowiedzialni.

– Zabierzcie swoje flagi, które powiewają dziś nad bazami terrorystów, żebyśmy nie musieli ich wam oddawać. Zdejmijcie oznaczenia z ich mundurów albo pochowamy je razem z terrorystami – radzi turecki prezydent Amerykanom.

Erdogan jest wściekły, bo Waszyngton potwierdził właśnie, że zamierza szkolić i zbroić bojowników Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF). Dziś kontrolują one dużą część terenów północno-wschodniej Syrii odbitych z rąk Państwa Islamskiego (ISIS).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej