Plaża Stinson, 45 minut od San Francisco. Na brzegu stoi mężczyzna w garniturze, znany FBI jako oficer rosyjskiego wywiadu. Jest zwrócony twarzą do oceanu, w ręku trzyma małe urządzenie. Po kilku minutach wsiada do samochodu i odjeżdża.

Na stacji benzynowej przy autostradzie stanowej nr 5 zatrzymuje się auto z innym rosyjskim szpiegiem. Kierowca wysiada, ale nie robi żadnych zakupów. Pasażer podchodzi do drzewa, okrąża je kilka razy, potem obaj odjeżdżają.

Podobny rytuał powtarza się na tej samej stacji kilka razy, uczestniczą w nim rozmaici oficerowie wywiadu pracujący w konsulacie w San Francisco pod przykrywką dyplomatów. Lubią też spędzać czas na polach pszenicy na północnym wybrzeżu Kalifornii.

Te przykłady dziwnego zachowania Rosjan opisali pracownicy amerykańskich agencji wywiadowczych dziennikarzowi „Foreign Policy”. Zach Dorfman spróbował znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego administracja Donalda Trumpa zdecydowała się zamknąć rosyjski konsulat w Kalifornii, a nie np. ten w Nowym Jorku, Seattle czy Houston. Formalnie była to odpowiedź na lipcową decyzję prezydenta Władimira Putina o zredukowaniu personelu amerykańskich placówek dyplomatycznych w Rosji o 755 osób, co z kolei miało być odwetem za sankcje nałożone na rosyjskich dyplomatów przez ustępujący rząd Baracka Obamy za ingerencję Rosji w wybory prezydenckie w USA.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej