Środa była w parlamencie w Barcelonie czarnym dniem dla demokracji w Katalonii i całej Hiszpanii. Po kilku latach wzbierającej wojny podjazdowej między regionalnym samorządem Katalonii a resztą kraju doszło do pełnego spalenia mostów i zerwania.

Koalicja niepodległościowa pod przewodem premiera Carlesa Puigdemonta przepchnęła w parlamencie w Barcelonie ustawę o referendum 1 października, w którym Katalończycy mają zagłosować za lub przeciw niepodległości. Ustawa nie przewiduje żadnego minimalnego progu frekwencji, by plebiscyt był ważny - wystarczy, by za niepodległością padł jeden głos więcej niż przeciw, żeby ogłosić zwycięstwo zwolenników niepodległości. W takim wypadku rząd w Barcelonie jest zobowiązany do ogłoszenia niepodległości w ciągu 48 godzin.

Za głosowało 72 z 135 posłów, 11 wstrzymało się od głosu, pozostałych 52 wyszło z sali.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej