Premier Mateusz Morawiecki w weekend zdążył wziąć udział w spotkaniach wyborczych w Bydgoszczy i Toruniu, a następnie dziękował polskiej wsi w Kolnie (Podlasie). Ten ostatni rejon jest istotny, bo to tu - do najodleglejszego od rodzinnego Wrocławia okręgu - rzucono do boju o Senat jego ojca Kornela Morawieckiego. Premier mówił dużo, ale zaskakująco niewiele miał do powiedzenia.
W swoich przemówieniach nawiązywał a to do Batmana, a to do bajek biskupa Ignacego Krasickiego.
Niemal w każdym miejscu przekonywał wyborców, aby nie dali się uwieść emocjom, które chce rozbudzić opozycja.
W ten sposób dawał do zrozumienia, że jako premier nie jest w stanie powiedzieć nic na tematy dla PiS trudne: afery hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości, problemów w służbie zdrowia i oświacie, postępującej zapaści w administracji państwowej. Tak jakby zakwalifikowanie ich do „sfery emocji” spowodowało, że rządu PiS nie dotyczą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej