Gdyby chcieć skompromitować szukanie przyczyn katastrofy smoleńskiej, trzeba by powołać takie ciało, np. podkomisję, której członkowie będą dużo i głośno krzyczeć o dochodzeniu do prawdy, ale nie będą mieć żadnych prawdziwych wyników.

Gdyby chcieć unieważnić hipotezę zamachową, trzeba by powołać nowe pozaprawne ciało, np. podkomisję, bo wtedy wszystko, co ona orzeknie, nie będzie prawnie wiążące.

Gdyby chcieć ośmieszyć poszukiwanie dowodu na zamach, trzeba by powołać podkomisję, której członkowie nigdy by się nie wybrali na miejsce hipotetycznego zamachu.

Gdyby chcieć zszargać opinię takiej podkomisji, to trzeba by jej dać mnóstwo pieniędzy z budżetu i uniemożliwić rozliczenie się z nich.

Gdyby chcieć podważyć jedyny oficjalny raport w sprawie przyczyn katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. przygotowany przez rządową komisję Jerzego Millera, trzeba by powołać podkomisję pseudoekspertów niezdolnych do badania przyczyn lotniczych wypadków.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej