Od kilku lat każde wakacje upływają mi na śledzeniu losów polskich nastolatków na międzynarodowych olimpiadach przedmiotowych. Potrafiłam nawet na urlopie na plaży odświeżać wyniki informatyków, bo ich zmagania można śledzić prawie jak mecz piłkarski. Matematyków kiedyś przywitaliśmy na lotnisku (ściągnęłam wiceministra edukacji i wiceprezydenta Warszawy) z taką pompą, na jaką w tym kraju mogą liczyć tylko sportowcy. Wierzę, że w tym roku będzie podobnie, choć po raz pierwszy boję się o to co dalej.

Tak wiele razy słyszałam historie zaczynające się od „już w gimnazjum…” „trafiłem na wyjątkowych nauczycieli”, „w klasie w końcu miałem z kim konkurować”, „w szkole dostałam dostęp do laboratoriów”, że trudno mi dziś sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało kształcenie wybitnej młodzieży teraz, gdy tych szkół zabraknie. Bo z gimnazjami i liceami te nastolatki miały sześć lat, by pracować na sukces w sprzyjających warunkach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej