Partie polityczne są w Polsce finansowane z budżetu, mogą też przyjmować limitowane darowizny od osób prywatnych. Te przepisy uchwalono dlatego, aby politycy nie wisieli u klamki biznesmenów i byli bezstronnymi arbitrami przy rozstrzyganiu konfliktów między różnymi lobby gospodarczymi. I by obowiązywały jasne reguły finansowania dające każdemu szansę na zaistnienie.

PRZECZYTAJ: Milion na kampanię. Tak szefowie spółek płacą na wyborczy fundusz PiS

Jednym z poważnych zarzutów wobec tych reguł było to, że betonują scenę polityczną. Dają sporo pieniędzy największym formacjom, bo wysokość subwencji zależy od liczby zdobytych głosów w wyborach. To nie jest zła reguła: popierając jakąś partię, decydujemy także o przekazaniu jej ułamka swoich podatków.

Niestety, dziś zarzut o betonowaniu sceny politycznej staje się prawdziwy. Ale nie dlatego, że przepisy są złe, tylko dlatego, że PiS znalazł nowe perpetuum mobile na swoje kampanie wyborcze.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej