Tydzień po wyroku uznającym winę Tomasza Arabskiego, szefa kancelarii premiera Donalda Tuska w trakcie katastrofy smoleńskiej w kwietniu 2010 r., politycy PiS i związane z nimi media nie ustają w wyrazach oburzenia i zapowiedziach - „kto po Arabskim”.

W poniedziałek wypowiedział się spec od wybuchów w tupolewie Antoni Macierewicz, były minister obrony narodowej. Mówił, że teraz czas na Tuska.

Tego samego dnia Jacek Sasin, w 2010 r. wiceszef Kancelarii Prezydenta, zapewnił, że gdyby Arabski nie zgodził się na lot delegacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska, to kancelaria na pewno „rozważyłaby inną lokalizację”.

Tym, którzy dzisiaj tak chętnie rzucają się na Arabskiego i planują, kto jeszcze powinien pójść w jego ślady, przypominam uzasadnienie wyroku. Wskazano w nim trzy instytucje winne wydania zgody na rejs na lotnisko, gdzie samolot z prezydentem nie miał prawa lądować, podobnie zresztą jak trzy dni wcześniej z premierem Tuskiem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej