– Pracowałam kosztem zdrowia i rodziny za 2 tys. zł na rękę – mówi Agata, od 12 lat anglistka w liceum. We wrześniu nie wraca do szkoły. – Byłam zaangażowana w strajk, a reakcje rządzących, społeczeństwa i dyrekcji były nie do zniesienia. Muszę myśleć o sobie. Od września w mojej szkole będzie aż 16 klas pierwszych, lekcje od 7.30 do 16. A ja mam niepełnosprawne dziecko, do szkoły w jedną stronę jeżdżę 40 minut.

Szuka pracy, może być fizyczna: – Nie mam ambicji. Szkoła skutecznie je zabiła.

Dużo klas, mało nauczycieli

Chaos po reformie edukacji, ciągłe zmiany, zmęczenie bieganiem między kilkoma szkołami i ostatnio strajk, który nie przyniósł podwyżek – lista przyczyn zniechęcenia nauczycieli jest długa.

– Niedawno rozmawiałam z anglistką, która od września będzie pracować w szkole, ale w Anglii. Tam jest zupełnie inny standard i stabilizacja. W Polsce klepałaby biedę – mówi Jolanta Chojnacka, dyrektorka Gimnazjum nr 33 w Łodzi, która od września też nie będzie uczyła. Idzie na emeryturę. – Od nas już w lutym odeszła wuefistka. Przekwalifikowała się. Inna z naszych nauczycielek robi doktorat, liczy na pracę na uczelni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej