W odręcznie napisanym oświadczeniu, jakie przekazał z aresztu na warszawskim Służewcu, biznesmen pisze, że jego list wysłany 12 kwietnia z hiszpańskiego więzienia do prezydenta Andrzeja Dudy miał nie być ujawniony.

„Nie mam z obecną sytuacją nic wspólnego. List wysłany przeze mnie był listem kierowanym tylko do Prezydenta i nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego. Nie wiem, jaka motywacja kierowała Prezydentem i Prokuratorem Generalnym, żeby uznać ten list za prośbę o ułaskawienie i skierować go do Sądu, mając świadomość, że stanie się on listem ogólnodostępnym” – stwierdził Falenta.

Nie tylko liście do Dudy, ale też we wcześniejszych pismach do prezydenta, prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i premiera Mateusza Morawieckiego Falenta powołuje się na swoje zasługi dla zwycięstwa PiS w dwóch wyborach w 2015 r. I grozi, że jeśli pójdzie teraz do więzienia – został prawomocnie skazany w 2017 r. na 2,5 roku za zorganizowanie w warszawskich restauracjach podsłuchów polityków rządu PO-PSL – to „ujawni, kto za nim stał”. Dołączył wykaz 12 osób z kręgu PiS na czele z Kaczyńskim, które miały wiedzieć o podsłuchach zakładanych na zlecenie Falenty. Napisał też, że ma nieznane nagrania, które mogą być niewygodne dla obozu władzy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej