Afera podsłuchowa wstrząsnęła Polską w latach 2014-15, walnie przyczyniając się do wyborczego zwycięstwa PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego i sprzyjające jej media rzuciły się na nagrania Marka Falenty jak wygłodniały wilk, ogryzając do szpiku każdą z rozmów przy ośmiorniczkach i drogim winie. Dla PiS były to ”taśmy prawdy”, tak prawdziwej, że jeszcze po wyborach propagandyści tej partii raczyli nas resztkami posiłków z Sowy i Amber Room. Słynna „piwniczka z taśmami” otwierana była za każdym razem, gdy PiS groziła obniżka notowań z powodu wpadki czy kompromitacji.

Ale rola PiS nie sprowadza się tylko do prostej korzyści z podsłuchów. Od momentu wybuchu afery pojawiały się sygnały wskazujące na to, że stoi za nią ktoś więcej niż tylko Falenta, jego szwagier i dwaj kelnerzy. Ci ostatni zaraz po zatrzymaniu zeznali w prokuraturze, że biznesmen  uspokajał ich obietnicami "nagrody od PiS" po upadku rządu. Obiecywał bezkarność i bliżej nieokreślone "stanowiska".  Podobnie zeznał wspólnik Falenty, któremu biznesmen chwalił się, że „obali rząd” i jest „poukładany z PiS”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej