– Jeżeli uznać, że wywiad to rozrzucona po świecie agentura, to polski wywiad dzisiaj nie istnieje. Tylko szaleniec albo prowokator chciałby z nami współpracować – mówi „Wyborczej” wysokiej rangi oficer, który do niedawna pracował w Agencji Wywiadu. Jak twierdzi, żeby pozyskać jakiekolwiek źródła osobowe, polski wywiad próbuje dziś werbować agentów „pod obcą flagą”. – Najczęściej występujemy jako służby belgijskie albo holenderskie. Nie mamy innego wyjścia. Z Polakami nikt by nawet nie zaczynał rozmowy o współpracy.

Obsesja totalnej jawności

Masowe ujawnianie polskich zasobów wywiadowczych zaczęło się z chwilą przejęcia władzy przez PiS i związane jest z obsesją tej partii na punkcie „zbioru zastrzeżonego”. To archiwa służb PRL wyjęte spod ustawy o IPN, która nakazywała odtajnienie akt służb z lat 1944-90. Teczki zbioru „Z” zostały z tego wyłączone, bo ich ujawnienie mogło zagrażać działalności służb niepodległego państwa. W zbiorze „Z” znalazły się więc dane agentów i funkcjonariuszy, którzy byli wykorzystywani po roku 1990.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej