– PiS miał pogłębione analizy, wiedzieli, dokąd jechać, by uzbierać jak najwyższe poparcie. Wyszło im, że na ścianę wschodnią. I pojechali – opowiada polityk PO. Koalicja Europejska takich analiz nie miała. Dziś jej politycy wiedzą, że też trzeba było jechać – na zachód Polski – i namawiać do udziału w wyborach.

– Jest takie powiedzenie, że dobrą kampanię poznaje się po stanie butów. Jeśli znoszone, jest dobrze. Ale coś było bardzo nie tak – mówi nam poseł PO. – Ci, którzy nie oglądali się na partię i sami sobie robili kampanię, na tym zyskali. Trzeba jeździć po powiatach, wysłuchiwać narzekań, czasami i chamskich, ale przełknąć dumę i przybić piątkę.

Tak zrobił Bartosz Arłukowicz, który startując z drugiego miejsca w Zachodniopomorskiem, zdobył 233 tys. głosów, wyprzedzając szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego z PiS (185 tys.) i dystansując jedynkę KE Bogusława Liberadzkiego (99 tys.).

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej