Policja nie wkroczyła do ich mieszkań, tak jak w przypadku Elżbiety Podleśnej. To one same się zgłosiły trzy dni po zatrzymaniu aktywistki. Mimo to najpierw nie chciały podawać publicznie swoich nazwisk, bo uznały, że nie czułyby się bezpiecznie. Uczestnicy protestów czy akcji niemiłych obecnej władzy bywają później wskazywani przez sprzyjające im media. A skoro za rzekome popełnienie takiego samego czynu Podleśnej postawiono zarzuty, za które grożą nawet dwa lata więzienia, kobiety wolały, by mówić o nich nawet „kryminalistki” - „pierwsza” i „druga”.

Ostatecznie zdecydowały się jednak podać swoje imiona i nazwiska. I tak w środę prokuratura poinformowała, że jednej z nich - podobnie jak Podleśnej - postawiono zarzut obrazy uczuć religijnych. - Zgłosiłyśmy się same, bo przecież i tak nie byłoby trudno nas znaleźć. Joachim Brudziński zachowuje się, jakby rozbił gang wołomiński czy inną mafię pruszkowską, a dopadł po prostu gang Olsena i robi z tego wielki szum - tłumaczą Anna Prus i Joanna Gzyra.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej