- Nie prowadziłem śledztwa ws. księdza pedofila Michała M. z Tylawy, nie wykonywałem żadnych czynności procesowych i nie podejmowałem decyzji merytorycznych. Wystąpiłem tylko w roli rzecznika prasowego i taki był mój obowiązek – bronił się w środę w Sejmie poseł PiS Stanisław Piotrowicz.

W marcu tłumaczył dziennikarzom, że czuje się z tematem Tylawy „komfortowo i spokojnie”. Że żyje zgodnie ze swoim sumieniem, które ma „należycie ukształtowane”. No i że w tamtym czasie decyzja o umorzeniu postępowania była słuszna i adekwatna do zgromadzonych dowodów. Ale gdy ktoś twierdzi, że bronił księdza pedofila, Piotrowicz protestuje. Przytoczmy więc fakty.

Piotrowicz dyskredytował świadków i ofiary

Sprawę księdza z Tylawy – pierwszy głośny przypadek pedofilii wśród duchownych – opisywałam od początku: rozmawiałam z ofiarami i świadkami. Z Lucyną Krawiecką, która w 2001 r. zawiadomiła najpierw ówczesnego abp. przemyskiego Józefa Michalika, a potem prokuraturę, do dziś utrzymuję kontakt.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej