Partia Jarosława Kaczyńskiego w sondażach plasuje się przed koalicją Grzegorza Schetyny, ale wyprzedza ją niewiele, w granicach błędu statystycznego. Dlatego liczy się każdy głos, nie symbolicznie, ale praktycznie. Prezes Kaczyński wprost wzywa „swoich” do głosowania, bo – jak mówił w ostatni weekend w Szczecinie – jedyną szansą „tamtych” jest to, że „nasi” nie pójdą do wyborów.

Gdyby się udało, byłoby to już piąte z rzędu zwycięstwo – po wygranej w wyborach samorządowych w 2014 r., parlamentarnych i prezydenckich w 2015 oraz samorządowych w 2018. PiS liczy też na sukces jesienią tego roku i wiosną przyszłego, w wyborach prezydenckich. To by mu zagwarantowało pełnię władzy na kolejną kadencję.

Dlatego remis PiS nie interesuje. A tak było w eurowyborach w 2014 r. PO dostała wtedy 2,271 mln głosów, czyli 32,13 proc., co dało jej 19 mandatów. PiS miał nieco mniej – 2,246 mln, czyli 31,78 proc. – ale również przełożyło się to na 19 mandatów. Wszystko przy frekwencji 23,83 proc. – a był to rekord w naszych eurowyborach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej