Film zaczyna się od historii Anny Misiewicz. Najpierw – ukrytą kamerę – Sekielscy rejestrują, jak kobieta składa przysięgę na Pismo Święte przed biskupim trybunałem. Ślubuje, jak każda z ofiar, że nic nie powie i nie ujawni swojej sprawy.

Misiewicz opowiada o tym, jak molestował ją ksiądz Jan A. O tym, jak masturbował się rękoma siedmiolatki, o tym, jak została odarta ze wstydu i niczego nie rozumiała. Już sama ta historia byłaby materiałem na osobny dokument, ale Sekielscy idą o krok dalej: za zgodą ofiary aranżują dziennikarską prowokację i konfrontację ofiary z oprawcą. Misiewicz wykazuje się tu niebywałą odwagą: rzuca księdzu w twarz, że zniszczył jej życie, pyta też, czy Jezus dobierałby się do dzieci.

Kobiecie towarzyszy incognito Marek Sekielski, który udaje jej męża, a tak naprawdę wszystko rejestruje ukrytą kamerę. To największa siła „Tylko nie mów nikomu": możemy spojrzeć w oczy nie tylko ofiarom, ale także oprawcom. Już podczas pierwszej konfrontacji trudno pozostać obojętnym: ksiądz A., emeryt na ostatniej życiowej prostej, najpierw jest autentycznie zaskoczony, potem próbuje negować to, co zrobił, wreszcie do wszystkiego się przyznaje. Oczywiście na swój pokrętny sposób: mówi, że obudziła się w nim „ojcowska miłość", że opętał go diabeł. Wpędza też widza w poznawczy dysonans, kiedy pyta: co mogę teraz zrobić? Bo to pytanie, na które nie ma odpowiedzi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej