„Zdesperowany uczeń zbudował zasobnik z gazem bojowym fosgen. O godzinie 11 nastąpi detonacja. Bomba jest ukryta w sali, w której zdający piszą egzamin. Ratujcie się, będą ofiary” – e-maile takiej treści otrzymali w nocy z niedzieli na poniedziałek dyrektorzy szkół. 6 maja 122 szkoły z całej Polski – m.in. w Krakowie, Warszawie i Nowym Sączu – zgłosiły, że dostały ostrzeżenia o podłożeniu bomby. Egzamin nie odbył się w jednej szkole, w kilkudziesięciu był opóźniony. Drugiego dnia liczba fałszywych alarmów lawinowo wzrosła, do ponad 660 w całym kraju. Reagowały policja, straż pożarna, czasem pogotowie gazowe.

Bomb nigdzie nie było, ale w 181 szkołach egzamin trzeba było zaczynać z opóźnieniem sięgającym nawet dwóch godzin. W środę zgłoszeń było już znacznie mniej, ale wcześniej przed wieloma szkołami policjanci czuwali całą noc.

Natychmiast zaroiło się również od podsycanych w sieci teorii spiskowych, że za alarmami stoją nauczyciele związani ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego – fikcyjne konta na Twitterze rozprzestrzeniały fałszywe informacje na masową skalę. Jak jest naprawdę?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej