Kiedy zaczynał się strajk, nie wierzyłam, że potrwa tak długo. Spodziewałam się, że nauczyciele wycofają się już po tygodniu – choćby ze względów finansowych. Zarabiają mało, a potrącenie pieniędzy za czas, kiedy nie pracowali, to dla nich mocne uderzenie po kieszeni. Ale 13 tys. placówek w całym kraju wytrzymało aż trzy tygodnie.

To był bardzo trudny czas i dla nauczycieli, i dla uczniów. Od kilku dni było wiadomo, że finansowo od rządu nie uda się teraz uzyskać więcej, za to można było stracić wiele z poparcia społecznego, które pedagodzy zdobyli. W wielu domach udało się odczarować mit „nauczyciela nieroba”, zaczęto rozmawiać o realnych wynagrodzeniach i funkcjonowaniu szkoły. Tych rozmów bardzo nam wszystkim potrzeba. Nauczyciele obnażyli też po raz kolejny fatalne podejście rządu do procesu legislacji i dialogu.

Rząd niczego tu nie „wygrał”. Wisi nad nim groźba kontynuowania strajku od września, tuż przed wyborami parlamentarnymi. W czasie, gdy na własnej skórze setki tysięcy uczniów i ich rodziców odczują skutki kumulacji roczników w szkołach ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych. Premier Mateusz Morawiecki i jego współpracownicy nie będą mogli zwalać problemów z przeładowanymi placówkami na innych, bo od dawna wiadomo, że to efekt deformy minister Anny Zalewskiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej