Parę tygodni temu do Agaty Dudy napisali list koledzy z pracy, czyli z II LO im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie, gdzie uczyła niemieckiego przed 2015 r. Odpowiedź nie nadeszła, dlatego publicznie stwierdzili, że są „rozgoryczeni jej brakiem solidaryzmu”. Mogli mieć nadzieję na solidarność pierwszej damy? Mogli, bo przecież zaczęło się tak.

20 maja 2015 r., konwencja wyborcza podsumowująca kampanię prezydencką. Agata Duda cała na biało przemawia: – Oponenci cały czas się zastanawiają, kto stoi za Andrzejem Dudą, i bardzo obawiają się pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie wiem, dlaczego są tacy strachliwi. Z całym szacunkiem, panie prezesie, ja się pana nie boję.

Wtedy chciało się myśleć, że przyszła prezydentowa deklaruje tym samym wszem i wobec swoją niezależność od prezesa PiS. Że to jej „ja się pana nie boję” jest jak wyznanie wiary, że będzie wierna sobie, swoim poglądom i wartościom. Wielu towarzyszyła również nadzieja, że jej korzenie – inteligencka krakowska rodzina poety Juliana Kornhausera – to gwarancja otwartej głowy na wartości demokracji liberalnej. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej