Jarosław Kaczyński w sobotę w Gdańsku dołączył do swojej „piątki” wolność. Stała się dodatkiem do populistycznych obietnic. Ot, w państwie Kaczyńskiego wolność jest już tylko taką zwykłą, wyborczą kiełbasą.

Nie w świecie rzeczywistym obiecuje wolność Kaczyński, ale w wirtualnym. Skądinąd wiadomo, że ma prezes o tym świecie co najmniej dziwne pojęcie. Przypomnijmy jego słowa z marca 2008 r.:

„Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez internet chcą tę powagę odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować, na kogo ma zagłosować”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej