PAWEŁ WROŃSKI: Napisał pan w „Tygodniku Powszechnym”, że w wyborach do Parlamentu Europejskiego wyższa frekwencja w miastach wcale nie musi dać zwycięstwa opozycji.

DR JAROSŁAW FLIS: Podziały miasto – wieś w Polsce bardziej przypominają stok góry Fuji niż Góry Stołowe. Nie ma żadnych przepaści ostro oddzielających poszczególne części kraju. My bardzo lubimy kreować podziały, zaznaczać województwa na kolory żółty czy niebieski, ale rzeczywistość jest inna.

Nikt nie może odpuszczać elektoratu spoza większych miast i dobrze, by politycy się tego nauczyli. Większość wyborców mieszka w mniejszych ośrodkach, nawet jeśli wziąć pod uwagę tylko wyborców miejskich. Oczywiście warszawiakom najłatwiej mówi się o sympatiach w stolicy, ale Warszawa to raptem 5 proc. elektoratu ogólnopolskiego. Nawet jeśli wyciśnie się tutaj wyższe poparcie dla danej partii o 10 pkt. proc., nie będzie to miało dużego wpływu na wynik ogólnopolski. Politycy chcieliby Polskę dzielić, ale ona tak łatwo podzielić się nie daje. Na przykład wszyscy mówią, że w miastach wyborcy nie głosują na PSL, bo to partia związana z wsią. Tyle że co dziesiąty głos na ludowców pada w miastach na prawach powiatu. Bez miejskich głosów PSL nie przekroczyłoby progu wyborczego w ostatnich wyborach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej