Słowa „demokratura” po raz pierwszy użył Marek Borowski. Polityk lewicy, były marszałek Sejmu, minister finansów, już w sierpniu 2015 r. trafnie nazwał system, który w Polsce chce zbudować Prawo i Sprawiedliwość. „Demokratura” to ani demokracja, ani dyktatura. Coś pomiędzy, system, który wyszedł z demokracji i zmierza do dyktatury.

Co ciekawe, stawiając na łamach „Wyborczej” swoją diagnozę, Borowski opierał się na przesłankach, które w swojej praktyce PiS pominął. Autor „demokratury” swoje wnioski wyciągnął z projektu konstytucji PiS z 2010 r. Partia Kaczyńskiego opracowała go, będąc jeszcze w opozycji i przed ostatnimi wyborami musiała się od niego mocno odżegnywać. Projekt czynił z demokratycznych instytucji (parlament, Trybunał Konstytucyjny, opozycja) fasadę uzależnioną od decyzji związanego z partią prezydenta. Ponieważ powstał w 2010 r., to skrojony był ewidentnie pod prezydenta Lecha Kaczyńskiego. PiS liczył na jego kolejną kadencję.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej